w

SPRAWA IWONY WIECZOREK: Policja nie robiła nic


Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Co się stało z Iwoną Wieczorek”. Ukazał się ona pod koniec ubiegłego roku nakładem wydawnictwa Harde.

KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Nie da się ukryć, że przy sprawie Iwony Wieczorek policja nie popisała się. Ale jej przypadek to jedynie wierzchołek góry lodowej. Raport Najwyższej Izby Kontroli z kwietnia 2015 roku o osobach zaginionych nie pozostawia złudzeń, iż polska policja wykazuje nadmierną powściągliwość w nadawaniu zaginięciom pierwszej kategorii.

„Przykładem takiej sytuacji może być chociażby głośne zaginięcie Iwony Wieczorek w lipcu 2010 r. w Sopocie. Kontrola przeprowadzona w Komendzie Miejskiej Policji w Sopocie wskazuje, że tej sprawie nadano kategorię drugą, podczas gdy z okoliczności wynikało jasno, że należało zastosować kategorię pierwszą. Bowiem zaginiona nagle opuściła ostatnie miejsce swojego pobytu, w okolicznościach uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa albo zagrożenia jej życia. W konsekwencji nadania niewłaściwej kategorii, poszukiwań nie podjęto niezwłocznie po przyjęciu zawiadomienia. Ponadto nie przeprowadzono także od razu: penetracji terenu ostatniego miejsca pobytu zaginionej z wykorzystaniem sił i środków innych jednostek policji. Zrobiono to dopiero po trzech dniach od daty zawiadomienia o zaginięciu. Zbyt późno także, bo dopiero po 10 dniach, użyto psów szkolonych do odnajdywania zwłok; sprawdzenia szpitali, pogotowia ratunkowego, noclegowni w rejonie miejsca zaginięcia; lustracji ostatniego miejsca pobytu osoby zaginionej w celu zabezpieczenia śladów i dowodów.

Nie zarejestrowano także w ewidencji policyjnej fotografii zaginionej ani przedmiotów i dokumentów, które miała przy sobie; nie opublikowano informacji o poszukiwaniu zaginionej w środkach masowego przekazu ani nie zabezpieczono od razu monitoringu w obiektach znajdujących się na trasie prawdopodobnego przejścia zaginionej z Sopotu do Gdańska-Jelitkowa (zrobiono to dopiero po siedmiu dniach, dlatego monitoring prowadzony przez hotele, które przechowywały go tylko od kilkunastu godzin do kilku dni, został bezpowrotnie utracony)” – czytamy w raporcie NIK-u.

Między innymi o tym, jak wyglądało to od strony rodziny zaginionej nastolatki, rozmawiam z Iwoną Kindą, matką Iwony Wieczorek.

Kiedy zorientowała się pani, że z Iwoną stało się coś niedobrego?

O tym, że Iwona zaginęła, dowiedziałam się około godziny 12.00 w sobotę 17 lipca 2010 roku. To znaczy ‒ o tym, że jej nie było w domu. Młodzież przyjechała z pytaniem, czy jest, i wtedy zaczęłam panikować. Zaczęłam wydzwaniać po rodzinie i znajomych. Mówili, że przecież śpi u Ady, a ja na to: „U Ady jej nie ma!”. Skończyłam wtedy pracę, najszybciej jak tylko mogłam. Mimo wszystko jakoś nie docierało do mnie, że coś mogło się stać mojej córce. Miałam taką wewnętrzną blokadę. Zupełnie nie wiedziałam, co przydarzyło się Iwonie. Powtarzałam sobie, że przecież nie mogła zaginąć, że wróci. To był szok, co ja wtedy przeżyłam.

W którym momencie zdecydowała się pani zgłosić policji zaginięcie córki?

Rozmowy z rodziną i koleżankami niczego nie wyjaśniły. Nie pozostało mi nic innego, tylko zgłosić zaginięcie Iwony na policję. Zrobiłam to tego samego dnia. Gdybym miała jakieś wątpliwości, jakieś problemy z Iwoną, gdyby ona wcześniej tak znikała, może bym to zbagatelizowała. Ale nigdy nie było z nią takich kłopotów. Wiedziałam, że wtedy coś się wydarzyło.

Jak zareagowała policja? Od razu przyjęto zgłoszenie o zaginięciu?

Nie było to takie proste. Gdy chciałam zgłosić zaginięcie Iwony, usłyszałam od policjanta, że zapewne jest na gigancie, zabalowała i wróci, jak się wyszaleje. Ja go pytam: „Co to ma znaczyć?!”. A on jeszcze ze trzy razy dopytywał, czy na pewno chcę zgłosić zaginięcie mojego dziecka. Prawie mu wykrzyczałam, że tak, i łzy jak groch popłynęły mi po policzkach. Wtedy on łaskawie w końcu to zrobił. Gdyby nie ta szyba, za którą siedział, tobym go chyba rozszarpała.

Czy ktoś towarzyszył wtedy pani na komendzie w Sopocie?

Młodzież ‒ Kasia, Paweł i Marek. To właśnie oni mnie powiadomili, że coś złego mogło się stać z Iwoną. Siedzieliśmy na policji do późna. Stamtąd udałam się na ulicę Czyżewskiego do siedziby TVP Gdańsk, do redakcji Panoramy. Od razu nadano informację, że zaginęła maturzystka Iwona Wieczorek, z apelem, by zgłaszały się osoby, które ją widziały. W ten sam dzień około godziny 23.00 jeszcze ukazał się ten komunikat. I wtedy całą noc dzwoniły telefony, że ktoś gdzieś ją widział. Często wskazywano Półwysep Helski, Jastrzębią Górę, Władysławowo – tamte okolice. Jeździliśmy tam, ale to były mylne tropy. Każdy chciał jakoś pomóc, ale nie każdy ma dobrą pamięć wzrokową. Ktoś kogoś zobaczył i wydawało mu się, że to Iwona. A podobnych dziewczyn jest bardzo dużo.

Co robiła w tym czasie policja?

Przez pierwsze trzy dni zupełnie nic. Pytałam ich przez cały czas, co się dzieje. Mówili, że pracują, szukają, a nie robili nic! Zarówno ja, jak i pan wiemy, że nic nie zrobili. Ocknęli się trochę, gdy Rutkowski przyjechał.

Czemu pani go wynajęła?

Zamierzałam wziąć jakąś agencję detektywistyczną z Gdańska, jednak nikt nie chciał się podjąć tej sprawy. Dlatego że to był okres urlopowy. Mówili też, że nie zajmują się takimi przypadkami. Poza tym, gdy usłyszałam, że ich działania mają mnie kosztować dziennie 4 tysiące złotych, to po prostu odechciało mi się korzystać z takich usług. Pytałam: „Mogę dać te 4 tysiące, ale jaką mam gwarancję, że moja córka się odnajdzie?”. Odpowiedzieli, że żadnej. Później zadzwoniłam do Rutkowskiego. To właściwie był pomysł Pawła, aby go zatrudnić. Rutkowski powiedział, że za całą akcję weźmie kwotę, która była mniejsza niż trzy dni pracy miejscowych detektywów. Ale w sumie też nie odnalazł mojej córki. Gdy pokazałam mu, którędy mogła iść, sprawdził monitoring i dopiero wówczas policja zaczęła coś robić. Iwona musiała przechodzić obok mojego salonu fryzjerskiego w Sopocie, mieścił się na rogu ulic Monte Cassino i Grunwaldzkiej. Rutkowski wtedy powiedział, że trzeba sprawdzić tamtejszy monitoring. Zrobiliśmy to tego samego dnia, na tym nagraniu była Iwona. Przeszła obok młodzieży na ulicy Grunwaldzkiej i przez przejście dla pieszych. Do tego dnia policja nic nie robiła. A był to już siódmy albo ósmy dzień od jej zaginięcia.

Pamiętam, że w tamtym czasie zwróciła się pani z apelem do Donalda Tuska. Przytoczę jego fragment: Policja i prokuratura nie umieją mi pomóc. Panie premierze, proszę o interwencję. Liczę, że pan premier zrozumie moją sytuację, sam mieszka niedaleko miejsca, gdzie zaginęła Iwona, sam ma dzieci w podobnym wieku”. Jaki to odniosło skutek?

Nikt nie odpowiedział. Ale nawet nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Głównie chodziło mi o to, by Tusk powiedział: „Panowie, weźcie się do roboty, rozwiążcie tę sprawę”. Czy to zrobił, czy nie – tego nie wiem. Efekt jest jednak taki, jaki jest. Pisałam do niego normalnie jako matka, bo przecież sam jest ojcem i chyba rozumie, jakie to może być uczucie, gdy traci się dziecko. Pisałam, bo on jest stąd, z Trójmiasta. Chciałam, żeby mi pomógł. Wystarczyłoby jedno jego słowo i może policja inaczej by działała. Tonący brzytwy się chwyta – starałam się robić wszystko, co tylko możliwe. Zrobiłam to i nadal będę robić.

Jak zachowywał się w tym czasie Paweł?

Pomagał mi, od samego początku był obecny, również przy Rutkowskim. Rutkowski mówił mu: „Ja pojadę jeszcze tu i tu, a ty ściągnij ten monitoring”. Tak to wszystko wyglądało. Paweł przez cały czas mu towarzyszył, dużo rozmawiali. Później odciął się od tych poszukiwań, bo pojawiła się informacja, że najczęściej jest tak, że sprawcami zaginięć są osoby, które najbardziej pomagają potem przy poszukiwaniach. Tak napisali w „Dzienniku Bałtyckim”, bo podobna sprawa zdarzyła się wtedy w Malborku albo Słupsku. Tam też jakaś dziewczyna została zamordowana i okazało się, że mordercą był chłopak, który pomagał jej szukać. Nie chcę Pawła o nic oskarżać, ale śmiem twierdzić, że on wie, z jakiego powodu doszło do kłótni w Dream Clubie i dlaczego Iwona poszła do domu sama na piechotę.

Co miał pani powiedzieć? Paweł nie wiedział, czemu Iwona była tego wieczoru nerwowa i wybuchowa? Poszło nie o Pawła, lecz o Patryka. Iwona była o niego bardzo zazdrosna. A on był zazdrosny o nią (w tym miejscu opowiadam o relacjach Patryka i Iwony oraz o tym, co chłopak robił tamtej nocy).

To bardzo prawdopodobne. Nikt mi nigdy o tym nie opowiadał. Ona była niezwykle uczuciowa, no i miała dość dominujący charakter. Nawet gdy spotykała się z Patrykiem czy z kimś tam wcześniej, zawsze miała swoje zdanie i broniła go do końca. I gdy pan mi mówi, że Iwona była wściekła na Patryka, kłótnia wybuchła z jego powodu, a ona chciała zrobić mu na złość, to ja wiem, że to jest ona. Aż mnie paraliżuje, bo mogło tak być. Sporo z Iwoną rozmawiałam, gdy się rozstali. Być może stało się to także z mojej przyczyny, bo duży nacisk kładłam na to, by zdała maturę i dostała się na studia. Wcześniej potrafili zamknąć się w pokoju – po prostu siedzieli, gadali i oglądali filmy. Gdy pukałam, nagle zaczynali się uczyć. Mówiłam: „Dajcie sobie na razie spokój, musicie zdać maturę”. Przez cały czas o to walczyłam, bo nauka jest najważniejsza. Mówiłam Iwonie, że gdy dostanie się na studia i będzie dorosła, to wtedy już będzie wiedziała, czego chce. Powtarzałam: „Nie musicie ze sobą zrywać, ale zróbcie przerwę”. No i summa summarum Patryk trochę na to przystał. Powiedział, żeby Iwona się uczyła, a on będzie przychodził tylko w soboty. Tak też się stało. Gdy pytałam ją, czy się rozstali, odpowiadała, że są w dobrych relacjach, spotykają się, kolegują. Związek był zawieszony, ale nie zakończony. Około trzech tygodni przed zaginięciem Iwona zrobiła imprezkę, zaprosiła koleżanki. Patryk też tam był. Zatem to, co pan mówi, jest bardzo prawdopodobne: Iwona się wkurzyła, bo była zazdrosna o Patryka. Chciała zobaczyć to na własne oczy. To bardzo realna sytuacja. Mogła też skręcić do tej dyskoteki. Może spotkała tam Patryka i pokłócili się? Mogła też pójść do domu, a on mógł tam na nią czekać. Tego, co pan mówi, nigdy nie słyszałam od policji.

Ale te informacje są w aktach sprawy. Nigdy ich pani nie czytała?

Nie. Adwokaci też się tym nie zajęli.

Czy Iwona opowiedziała pani, że tydzień przed zaginięciem została uderzona przez jednego z kolegów Patryka?

Nie. Być może ktoś ją uderzył, ale nie była na tyle pobita, bym to widziała. Nie miała żadnych siniaków. Pamiętam taką sytuację, że przyszła do domu zapłakana. Zapytałam, co się dzieje, czy pokłóciła się z Patrykiem. Odpowiedziała: „Jeszcze gorzej”, ale opowie mi to następnego dnia. Nie zrobiła tego jednak. Iwona zawsze stawała w obronie poszkodowanych. Bo gdy ktoś był słabszy, nawet w szkole czy gorzej ubrany, to ona zawsze stawała po stronie takiej osoby. Kiedyś wróciła z przedszkola i powiedziała, że pewien chłopak jest piegowaty i rudy, a inni go wyśmiewają. „Głupie te moje koleżanki. Będę go broniła” – powiedziała wtedy. I tak jej zostało.

Czy pani córka wsiadłaby do samochodu z kimś obcym?

To niemożliwe, na pewno nie dałaby się na to namówić. Jako matka wiem takie rzeczy najlepiej ‒ Iwona była harda, uparta i broniła swojego zdania. Ja też lubiłam imprezy, też chodziłam na bosaka. Młodość ma swoje prawa. W życiu bym nie pomyślała, że jeśli skądś wychodzę i idę do domu wkurzona, to może mi się coś stać. W danym momencie żyje się przecież tymi emocjami. Poza tym, skoro Iwona była tak zdenerwowana, to nawet gdyby ktoś obcy ją zaczepił, wybuchłaby, powiedziała trzy ostre zdania ‒ i na tym by się skończyło.

Czy jest realne, że Iwona uciekła z domu?

Na pewno by tego nie zrobiła. Wielokrotnie już mówiłam, że gdyby zamierzała się wyprowadzić, toby mi o tym powiedziała. Zawsze jechała tam, gdzie chciała. Dostała się na studia do Wyższej Szkoły Marynarki na stosunki międzynarodowe. Marzyła o podróżach, pragnęła zobaczyć świat. Jeśli tylko miałam możliwość, wysyłałam ją na wakacje. Gdy skończyła dziewięć lat, pojechała na pierwsze kolonie do Danii. Zależało mi na tym, by była samodzielna. Doskonale potrafiła się odnaleźć w obcym mieście. Na wakacjach nigdy nie spotkało jej nic złego. Nie pomyślałabym, że coś takiego może się przydarzyć pod samym domem. Przed zaginięciem była w Czarnogórze. Podobało się jej, chciała skończyć studia i podróżować. Chciała też mieć dobrą pracę, chodziła na kurs prawa jazdy, za dwa tygodnie miała mieć egzamin. Scenariusz, że uciekła z domu, jest nierealny. Iwona w tym okresie była bardzo szczęśliwa. Mówiła, że to będą jej najdłuższe wakacje, że będzie się bawić i podróżować.

Mogła jednak zostać porwana do domu publicznego, na przykład w Niemczech. Takie scenariusze też się pojawiały.

Wersja z domem publicznym również nie jest prawdopodobna. Nawet jeśliby coś takiego się stało, przecież z tych usług korzystają też Polacy. Ktoś by ją rozpoznał i dał znać. Bardzo często dostawałam esemesy, niekiedy w środku nocy, że na przykład porwano ją i sprzedano na organy. Jakieś totalne bzdury.

Kto – według pani – to zrobił?

Sprawa jest oczywista: ktoś znajomy.

Patryk nie od razu włączył się w poszukiwania Iwony.

Było tak, jak pan mówi. Wydaje mi się, że pojawił się dopiero po kilku dniach. Przyszedł do mnie w środę albo czwartek, tylko stanął i płakał. Przytulił mnie, razem żeśmy ryczeli. I tak mu mówię: „Nie chciałam, żebyście byli razem. Ile ja się nadenerwowałam”.

Jak Iwona poznała Patryka?

To był błąd mój i mojej kuzynki, że nie wychowywałyśmy dzieci razem. Ona mieszkała w Gdyni, nasze dzieciaki się nie znały. Iwona i Patryk poznali się na dyskotece, zupełnie przypadkowo. Nie wiedzieli, że są kuzynami. Iwona wróciła kiedyś z dyskoteki i powiedziała, że poznała superchłopaka. Zapytała, czy może przyprowadzić go do domu. Ja na to, że oczywiście. Zapytałam wtedy, jak ma na imię. „Patryk” – odpowiedziała. Przyszedł, spojrzałam na niego i widzę, że jest bardzo podobny do mojej kuzynki. Zapytałam, jak ma na nazwisko. Dla mnie to po prostu był szok! Zadzwoniłam do kuzynki, czy wie, że nasze dzieci są parą. Była bardzo zdziwiona. Przez dwa czy trzy miesiące próbowałyśmy to zakończyć, ale nie dało rady. Uczucie było silniejsze – Iwona zakochała się, i tyle. Później z kuzynką pogodziłyśmy się z tą sytuacją, przyjęłyśmy ją do wiadomości. Iwona chodziła do nich, Patryk wpadał do nas obiady. Gotowałam więcej, bo ze szkoły przychodziło pół osiedla, a nie tylko Iwona – zawsze przyprowadzała jakąś koleżankę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Polskie hotele dla dorosłych, czyli miejsca, gdzie nie ma głośnych dzieci

ZAKOPALI GO ŻYWCEM DLA MILIONA

ZAKOPALI GO ŻYWCEM DLA MILIONA